Nowiutkie, pachnące, wyprane kilkakrotnie w dziecięcych płynach ubranka. Wyprasowane z każdej strony po 4 razy. Złożone w kostkę, w szafce na podpisanych półkach- body, śpioszki, pajacyki. Butelki wysterylizowane, kilka zestawów „na w razie, czego”. Jak bym mogła to i cycek bym sobie wysterylizowała żeby Zosia nie musiała brudnego brać do buzi.
Zawsze wszystko według książki. Jedzenie 15 minut, zabawa 45 minut a potem sen, nie na odwrót, bo według Tracy Hogg* nie można na odwrót, więc czytałam i stosowałam się. Wymyślałam, więc zabawy, byle by tylko zegarek wskazał te 45 minut. Klaskałam w dłonie, śpiewałam, pokazywałam książeczki. Karmienie piersią też nie na żądanie tylko, co 3 godziny, bo tak Tracy kazała.
Odbijanie po mleczku. Koniecznie odbić, bo się zakrztusi i umrze. Kąpiel, woda koniecznie 38 stopni ni mniej ni więcej , absolutnie. Bo albo się przeziębi albo poparzy. Po kąpieli, oliwki na ciałko, masaż dziecięcy przy muzyce relaksacyjnej. Śpioszki koniecznie pajacyki, wygodnie zakładane. Najlepiej nie przez głowę, bo dziecko po porodzie ma jeszcze traumę, ja też . To nic, że w nocy jak kupa była kilkakrotnie wymieniana, to dziecko kilkoma ruchami z tego pajacyka się doszczętnie rozbierało, tak trzeba i już. Bo tak najwygodniej dziecku jest.
Pieluszki. Najlepsze oczywiście, muszą być najlepsze, Pampersy. Bo one nie odparzą wrażliwej pupci mojej kruszynki. Wymieniane po najmniejszym zabrudzeniu, kilkanaście razy w ciągu dnia. To nic, że potem na chleb nie starcza, zagryzę najwyżej pampersem z masłem .W nocy elektroniczna niania, najnowszy model, mata monitorująca oddech, czujnik ruchu, podejrzewam, że z takiej to sam Ethan Hunt w „Mission Impossible” mógłby korzystać.
Nasłuchiwanie. Zosia rusza się i płacze-niania- żwawy bieg do pokoju małej. Za długo się nie rusza i nie płacze-czujnik oddechu, pika- żwawy bieg do pokoju małej. Tak w ciągu dnia. W nocy, kołyska ustawiona przy łóżku z mojej strony i ta sama sytuacja. Tylko teraz na przemian nasłuchuję i wstaję. Budzę ją, co 3 godziny, aby przystawić do piersi, bo tak kazali. Następną godzinę usypiam i odbijam, żeby mi się w nocy nie udławiła. W sumie śpię z przerwami po 5 godzin.
Spacer punktualnie od 11 do 15. Tak pisali,dużo chodzić ,bo trzeba dotleniać, hartować. Nie ważne, że deszcz, mgła, zamieć śnieżna. Zawsze wychodziłam żeby dziecko się dotleniło i hartowało rzecz jasna, ja też. W domu kilka razy dziennie odkurzałam podłogę, żeby dziecko leżąc na macie nie wciągnęło przez otwór gębowy przypadkiem jakiegoś kurzu, sierści czy czegoś innego, co by mogło zagrozić małemu życiu.
Każdy dzień taki sam, każdy w strachu czy wszystko według schematów, książek, oczekiwań.
I ciągle wydawało mi się że robię za mało, że niewystarczająco dobrze. Jak dziecko już przez 5 minut coś robiło samo to zastanawiałam się czy dobra matka ze mnie, skoro teraz samolubnie sikam w toalecie, a ona z książeczką siedzi na dywanie, sama, o zgrozo! Ten stan trwał jakiś czas i się pogłębiał. Spalałam się! Jako matka, jako kobieta.
STOP!
Postanowiłam odpuścić, dać sobie czas, przestrzeń. Tak bardzo mi ulżyło. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie muszę robić tych wszystkich rzeczy, na które nie mam ochoty, które są nie zgodne ze mną, których robić nie lubię. Odłączyłam nianie. Przestałam karmić dziecko piersią, co 3 godziny, tylko wtedy, kiedy miało na to ochotę. Spała w nocy tyle, ile chciała i ja też.
Zaszłam w drugą ciąże. Już wiedziałam, że nie będę robiła niczego, co nie jest zgodne ze mną. Przed urodzeniem Helki zamknęłam książkę Tracy, bo traktowałam ją zapewne na zbyt dosłownie. Prasowałam Helce rzeczy, ale nie po 4 razy na każdej stronie. Czasem nawet, i w pomiętych bodach chodziła i ona dobrze się z tym czuła i ja też. Nie sterylizowałam jej butelek, nie czyściłam każdej powierzchni którą mogłaby dotknąć. Nie wychodziłam z nią na dwór, gdy nie miałam na to ochoty, bo pogoda była do dupy.
Zdałam sobie sprawę, że sama narzucałam sobie terror domowy i ten perfekcjonizm wyczytany w książkach. Spalałam się. STOP! Bez spinki, na luzie, ufff. Poczułam się szczęśliwa, taka niedoskonała, ale szczęśliwa. Nic wreszcie nie musiałam. To takie fajne uczucie jak człowiek zda sobie sprawę, że nie musi. Nie musi podążać za wyidealizowanym obrazem rodzicielstwa i może być z tym szczęśliwy. Może być sobą w roli matki czy ojca. Może mieć czas na cieszenie się własnym dzieckiem.
*Tracy Hogg autorka bestselera „Język niemowląt”
Ten teks został wyróżniony w cotygodniowym rankingu najlepszych tekstów rodzicielskich na stronie Mądrzy Rodzice
Ja nie czytałam żadnych poradników, robiłam to co czułam, co podpowiadał mi instynkt, dziecko wydawało się szczęśliwe;)
i to najważniejsze.
Ja prasowalam 4 miesiące. Podobno żelazko wypala zarazki. Ale jakie to zarazki w porównaniu z tym że teraz syn karmi psa a pies jego…. ale wszyscy są zadowoleni 🙂
No właśnie jakoś bardziej się przejmowałam kurzem niż śliną psa. Bo też był z nami wtedy piesek.
Mnie ostatnio zagadnęła pani u fryzjera: „a wychowujesz dziecko według mądrości starszych czy według książek?”. Myślę, że i jedno i drugie by mnie wykończyło 😀
ha ha ha 🙂 oj myślę że tak 🙂
Już to pisałam na CalaReszta – w rodzicielstwie wyznaję zasadę optimum nie maksimum. I chyba nam z tym wszystkim dobrze.
Dokładnie. Widzisz ja też wyznaje zasadę że „fanatyzm” nigdzie nie jest wskazany a sama dałam się złapać w pułapkę.
A ja właśnie dzisiaj napisałam o Syndromie Idealnej Matki 😉 Widzę, że pogoda sprzyja takim przemysleniom 🙂
Chyba tak,albo obie w podobnym czasie doszłyśmy do tych samych wniosków.
Ja też już tak się nie spinam. I też musiałam do tego dojrzeć 🙂 A teraz jest mi zdecydowanie lepiej, i mojej Zosi też, jak mama nie jest spięta jak gumka od majtek 🙂
zdecydowanie 🙂
Jakbym czytała o sobie..wszystko prasowałam – czapeczki, niedrapki, bodziaki i inne cuda wianki. A teraz? Zakładam Antkowi niewyprasowaną bluzkę. Jedynie porządek w komodzie został zachowany (wszystko musi być ułożone równo i tematycznie – taki ze mnie świr)
A ja też mam ułożone ładnie, ale już nie podpisuje półek 😉
Nie spinam się, działam tak, by macierzyństwo było najlepszą przygodą życia. Dzięki temu jest 🙂
Fantastycznie, przy 5 dzieci szybko być zwariowała, a tak dzięki doświadczeniu pewnie radzisz sobie super i jak wyglądasz!
Strasznie brzmi to co opisujesz… Z jednej strony współczuję, a z drugiej podziwiam za determinację! Nie czytałam Tracy Hogg, więc na szczęście już przy pierwszym dziecku odpuściłam sobie wiele z tej codziennej rutyny 😉 Natomiast czytałam wiele na temat rodzicielstwa bliskości i naturalnego rodzicielstwa, więc było noszenie w chuście, wspólne spanie, karmienie na żądanie, masaż Shantala, pieluchy wielorazowe i wiele innych – wszystko świetnie się u nas sprawdziło, więc drugim dzieckiem planuję opiekować się podobnie, z drobnymi modyfikacjami i gadżetami ułatwiającymi życie styranej matki 🙂
No widzisz tak to jest jak chcesz być w swoim mniemaniu perfekcyjna. Wydaje ci się że wszelkie odstępstwa od normy są niedopuszczalne. Ja też Zosie nosiłam w chuście bo to był jedyny sposób żeby zasnęła w ciągu dnia, bo w wózku jej się non stop ulewało. Ale teraz zdecydowanie lepiej mi się żyje bez takiego stresu.
Mam tylko jedną książkę o dzieciach. I też szybko mi ją Połówek zabrał, bo zaczynałam na zapas się martwić, że będę ujową mamą. W sumie jeszcze przede mną 6 tygodni i Młoda będzie, a ja nadal lekko w stresie, że sobie rady nie dam, bo roztrzepana jestem. No, ale takiego idealizmu u siebie bym nie widziała. Prędzej by mnie jakaś depresja wzięła jakbym miała podpisywać półki w szafce. Prasować lubię, to jak na razie wszystkie rzeczy Mała ma wyprasowane. Później jak się urodzi to nawet nie będę myśleć o włączeniu żelazka i przeprasowaniu bodziaka czy czegoś tam jeszcze. Zresztą, zobaczymy jak to u mnie będzie 😉
Bardzo jestem ciekawa jak to będzie u ciebie 🙂 Ja właśnie w depresje wpadłam bo sama się zaganiałam. Nie martw się będzie dobrze a w raźnie czego pisz będę pomagała jak będę umiała 🙂
świetny tekst 🙂 uśmiałam się, bo pierwsze 2 miesiące życia córy wyglądały u mnie tak samo 🙂 tylko karmiłam częściej niż co 3 godziny mimo zaleceń Tracy, bo mała była niezłym drapieżnikiem i walczyła o cyca jak lew (co rujnowało moją psychikę, bo nie idę wg „łatwego” planu, dziecko wejdzie mi na głowę, a ja przez następne 5 lat się nie wyśpię i będę ganiać z cyckami na wierzchu bo jedzenie będzie niewyregulowane)..
Mała Zo ma niecałe pół roku, a ja tak naprawdę wciąż uczę się odpuszczać – jakaś trauma książkowa została i nadal drga mi brew jak tylko widzę, że dziecię przeciągnęło już stałą godzinę usypiania i trochę to potrwa, bo z radością macha nogami i woła babababa. Czasem się zastanawiam, czy wyrodna matka to ta, która ma w nosie system i zasady, czyt. jest szczęśliwsza, czy ta, która wychowuje wg zegarka (przyznaję, ma trochę łątwiejsze zaplanowanie dnia) i drga jej brew ;))
U mnie poziomy zaczynają się na szczęście wyrównywać 🙂
pozdrawiam!